Po nijakiej sesji na Wall Street, nowy tydzień przyniósł wyraźną przecenę na rynkach azjatyckich. To źle wróży europejskim parkietom. Podczas gdy w lokalnej prasie wciąż sporo uwagi poświęca się domniemanemu rajdowi świętego Mikołaja, chińska giełda jest w połowie drogi do tego by ogłosić regularną bessę. Od szczytu w pierwszej dekadzie listopada Shanghai Composite stracił już 11 proc. dokładając dziś 1,8 proc. (stan na 7:20). Według niektórych miar rynek przechodzi w fazę

Po nijakiej sesji na Wall Street, nowy tydzień przyniósł wyraźną przecenę na rynkach azjatyckich. To źle wróży europejskim parkietom.

Podczas gdy w lokalnej prasie wciąż sporo uwagi poświęca się domniemanemu rajdowi świętego Mikołaja, chińska giełda jest w połowie drogi do tego by ogłosić regularną bessę. Od szczytu w pierwszej dekadzie listopada Shanghai Composite stracił już 11 proc. dokładając dziś 1,8 proc. (stan na 7:20). Według niektórych miar rynek przechodzi w fazę niedźwiedzia, kiedy indeks straci 20 proc. od szczytu hossy.

Przyczyna spadków na giełdzie w Szanghaju wynikała w dużej mierze z uwarunkowań lokalnych. Jedna z gazet podała, że rząd zamierza o 40 proc. obniżyć ceny na leki, co pociągnęło w dół notowania spółek z branży. Jednak spadki obserwowaliśmy także na innych parkietach – Hang Seng stracił 1 proc., Nikkei 0,8 proc., a Kospi 0,3 proc. Na granicy koreańskiej znów niespokojnie, tym razem po południowej stronie, gdzie przeprowadzane są intensywne manewry. Jednak jak widać nie wypłoszyło to specjalnie inwestorów w Seulu, który – przypomnijmy – leży tuż przy granicy.

Szersze podstawy do obaw pozostają dwie. Jedną z nich jest wisząca jak miecz Damoklesa groźba podwyżek stóp procentowych przez Bank Ludowy Chin. Bank centralny zwleka z decyzją, ale rynek jest przekonany, że do podwyżki dojść musi, skoro inflacja przekroczyła już 5 proc. Druga natomiast to kondycja budżetowa państw europejskich.

I tu przechodzimy do nastrojów na Starym Kontynencie. Przez weekend nie wydarzyło się nic, co mogłoby bezpośrednio wpłynąć na zachowanie inwestorów. List pięciu państw – największych płatników netto do unijnego budżetu – popierających zamrożenie wspólnego budżetu na lata 2014-2020 wydaje się krokiem tyleż logicznym (a więc oczekiwanym przez rynki), co wykraczającym w przyszłość zbyt daleko, by rynki chciały ją dyskontować. Oczywiście dla Polski i tzw. nowych członków UE propozycja wydaje się niekorzystna. Ale lepiej otrzymać mniejsze dotacje niż patrzeć na załamanie gospodarcze naszych największych odbiorców handlowych. Rynki z pewnością dostrzegą tę jaśniejszą stronę.

Niemniej nastroje mogą być nienajlepsze. Świadczy o tym spadek euro do najniższego od dwóch tygodni poziomu (1,316 USD), więc zaczniemy w najlepszym wypadku neutralnie, a zapewne do niewielkiego spadku. Co dalej? Kalendarium publikacji nie daje żadnych wskazówek. Ponieważ ostatnie dni w Europie (w tym w Warszawie) należały do spokojnych, trzeba założyć, że dziś ten półsen będzie kontynuowany. Zamknięcie roku (i bonusy) jest zbyt blisko, żeby funduszom opłacało się wywoływać duże zmiany. Z kolei inwestorzy indywidualni sprzedając akcje i realizując zyski zmuszeni byliby zapłacić podatek. Dlatego wielu z nich poczeka z tym do końca roku, a w konsekwencji rynek, który nie chce rosnąć, nie może też tracić, co owocuje marazmem.

 

 

Emil Szweda

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj