Australia nie chce F1. “Jesteśmy zmęczeni”
Mniej więcej w okolicach początku amerykańskiej interwencji w Iraku po sieci krążył dowcip. „Zbliża się koniec świata, bo najlepszy raper jest biały, najlepszy golfista czarny, a Niemcy nie chcą iść na wojnę”. Teraz można dołożyć jeszcze „a Australijczycy nie chcą mieć u siebie Grand Prix Formuły 1”. Tak, to nie żarty – jeden z australijskich parlamentarzystów wzywa rząd do tego, by nie przedłużać kontraktu na organizację zawodów w Albert Park.
Mniej więcej w okolicach początku amerykańskiej interwencji w Iraku po sieci krążył dowcip. „Zbliża się koniec świata, bo najlepszy raper jest biały, najlepszy golfista czarny, a Niemcy nie chcą iść na wojnę”. Teraz można dołożyć jeszcze „a Australijczycy nie chcą mieć u siebie Grand Prix Formuły 1”. Tak, to nie żarty – jeden z australijskich parlamentarzystów wzywa rząd do tego, by nie przedłużać kontraktu na organizację zawodów w Albert Park.
Dziwne to tym bardziej, że przecież Australia ma Marka Webbera, więc teoretycznie trybuny powinny być zapchane do ostatniego miejsca a sponsorzy powinni podstawiać sobie nogi w wyścigu do okienka „wpłaty”. Rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej – Australijczycy są zmęczeni ciągłymi kłopotami komunikacyjnymi, które powoduje zamknięcie sporej części miasta na przynajmniej kilka dni. Są zmęczeni hałasem i całym zamieszaniem towarzyszącym zawodom F1.
O ile głos parlamentarzysty niekoniecznie musi być istotny, o tyle opinia burmistrza Melbourne nabiera już zupełnie innej wagi. A ten także nie jest wielkim zwolennikiem wyścigów F1.
- Jeśli Robert Doyle (burmistrz Melbourne) uważa, że jestem trochę dziwny i marudny, mogę mu pomóc to udowodnić – odpowiada Bernie Ecclestone – Jeśli nie chce u siebie Formuły 1, usiądźmy i porozmawiajmy o tym.
Obecny kontrakt Melbourne wygasa w 2015 roku. Mało to raczej prawdopodobne, by został zerwany przed czasem, ale przyszłość australijskiego GP bez wątpienia stoi pod znakiem zapytania. Podobnie zresztą jak przyszłość całego kalendarza F1.
Na przestrzeni ostatnich kilku lat dało się zauważyć, że Formuła 1 stara się zdobywać wciąż nowe rynki, które pomagają znaleźć nowe źródła finansowania. Najwyższa półka sportu motorowego stała się także najwyższą półką w punktu widzenia kosztów. Fakt, tak było zawsze, ale gdzieś chyba powinien znaleźć się punkt graniczny. Bo jak można wytłumaczyć aż taki wzrost kosztów?
Mam wrażenie, ze światek Bernie Ecclestone’a sam się napędza, w negatywnym tego słowa znaczeniu. Oby nie przyszedł taki moment, w którym ktoś napisze, że zbliża się koniec świata, bo „kierowcy nie chcą ścigać się w Formule 1”.
Adam Widomski

